Renowacja stajenki cz. 1

Stajenka, która towarzyszy nam co roku w czasie Bożego Narodzenia ma już sporo lat.

Sporo, to znaczy jest najprawdopodobniej starsza ode mnie. Jeśli nie cała, to na pewno pewne jej elementy. Zbudował ją mój tata, tuż po ślubie, jeszcze za czasów studenckich, albo tuż po studiach. Figurki kupowane były we Wrocławiu, w czasie, kiedy ich zdobycie graniczyło z cuddem. Mają swoją historię, przeżyły dzieciństwo dwóch energicznych panien, teraz wychowują mojego Młodszego. Nie raz spadły, potłukły się, poocierały w czasie przechowywania. Pourywane nosy, czapki, odrapane włosy – jakoś nikogo to nigdy nie dziwiło.

Kilkanaście lat temu, z moją siostrą postanowiłyśmy tym figurkom dać drugie życie, odmalować biały (a raczej szary już z kurzu) gips. Nasze zdolności malarskie nie były na najwyższym poziomie, mówiąc delikatnie. Do dyspozycji miałyśmy jedynie plakatówki (bo kto by tam myślał o porządnych farbach, zresztą chciałyśmy malować JUŻ!!! – przypominam, działały ośmio- i trzynastolatka). Nie muszę chyba tłumaczyć, że wyszły potworki. Nawet brudny, bezbarwny gips był w porównaniu z nimi arcydziełem stajenkowatości. Ale co się stało, to się nie odstanie. Figurki musiały zostać kolorowe. Szczegóły pozaklejane grubą warstwą farby, zestawienia kolorystyczne wołające o pomstę do Nieba…

Spojrzałam na figurki w czasie ostatnich Świąt. Tak odrapanych brzydali dawno nie widziałam… ale gdzieś tam jeszcze istniała świadomość, że pod farbą te figurki mogą być niczego sobie. Zaryzykowałam, umyłam najbardziej potłuczonego pasterza.

pasterz i owce stare

„Umytego” zdjęcia niestety nie mam, ale już w momencie, kiedy farba plakatowa się napiła i zaczęła puszczać, we mnie obudziła się nadzieja. Będzie żył! Pod warunkiem, że gips nie rozsypie się od nadmiaru wilgoci. Umytego brudasa zostawiłam do wyschnięcia na noc, nie chciałam się śpieszyć, żeby nowa farba nie odchodziła od figurki. Nie miałam zbytniego wyboru, jeśli chodzi o dobór kolorystyki, farba nawet na umytej figurce była bardzo wyraźna. Do malowania wykorzystałam farby akrylowe, które nie kryją jakoś bardzo mocno, ale doskonale nadają się do nakładania kilku warstw i cieniowania. Ostatecznie pierwszy pastuszek wyszedł tak:

pasterz i owce nowe

Na tej figurce widać dobrze, jak bardzo oberwało się biedakowi przez ostatnie trzydzieści lat… głowa była klejona ze trzy razy, a na nosie i brodzie ma chłopak ślady po ospie. Ale nie martwię się tym, już dzielnie stoi spowrotem w stajence i trzyma straż przy Dzieciątku.

Kolejnymi figurkami, które wydobyłam z otchłani, był zwierzyniec (wołek i osiołek, baranki). Jakieś takie nieśmiałe były te zwierzaczki i nie dały się sfotografować. Może się uda na następny wpis :) Wczoraj skończyłam za to drugiego pasterza i jednego z króli. Dla porównania wklejam zdjęcia przed i po malowaniu. Różnica jest, jeśli komuś się bardziej podoba wersja wcześniejsza, to dla usprawiedliwienia powiem, że teraz farba nie odchodzi przy dotknięciu i nie brudzi rąk. Przynajmniej taki pozytywny efekt osiągnęłam.

król i pasterz starekról i pasterz nowekról nowe pasterz nowe Na razie tyle. Za tydzień może uda mi się pomalować i sfotografować resztę. Wreszcie wiem, jaką frajdę ma mój Małż przy swoich figurkach :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>